niedziela, 21 lipca 2013

V Ucieczka

-Nie powinnaś wstawać! Naprawdę  nie mogłaś przeczekać tych krzyków? Cholerne korzenie rodziny Laters! Od razu widać, że córeczka mojej siostry.
Ciotka stała nad moim łóżkiem z syropem w ręku i patrzyła na mnie spod oka. Była zdenerwowana, a ja kurczyłam się w sobie. Co się stało, wtedy na werandzie, zanim zemdlałam? Jakim cudem Stanley znalazł się w mojej głowie? I co znaczyło całe zajście? O co kuźwa chodziło?
- Ciociu, trochę krzyczeliście. Clar chciała zapytać, o co chodzi.
Musiałam przyznać, że w takich sytuacjach Tom był nieoceniony. Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Wzruszył ramionami.
- Te całe pochodnie i wrzaski trochę nas obudziły..
Ciotka spiorunowała Toma wzrokiem i nachmurzyła się jeszcze bardziej.
- Nieważne! Co to was obchodzi?! W nocy dzieci grzecznie śpią! Żeby to był ostatni raz! Jak boga kocham, same z wami kłopoty.

Kiedy zostaliśmy sami Tom pokręcił wolno głową.
- Całe szczęście, że nie pieprznęłaś się w głowę. Byłoby niemiło. W ogóle to dziwne, że zemdlałaś..
Nie słuchałam tej całej paplaniny. Myślami byłam daleko, obok cmentarnej bramy gdzie pierwszy raz spotkałam Stanleya. Szukałam go i rozpaczliwie próbowałam usłyszeć jego głos w swojej głowie.
- Tom, myślisz że to możliwe rozmawiać z kimś bez używania słów..?
- Chodzi ci o mowę ciała?
- Nie do końca.. to znaczy... tak w środku? W głowie?
Oczy Toma niebezpiecznie się rozszerzyły i poczułam się jak wariatka. Co ja w ogóle plotłam? To wszystko najpewniej mi się przyśniło, a teraz robiłam z siebie głupka. Zamilknij, Clar. Po prostu się nie odzywaj.
- Nie wiem.. telepatia może?
Prychnęłam.
- Nie, to nie była telepatia. Oj, nieważne.
- Jak to ,,nie była''?
Tak, teraz właśnie miałam z siebie zrobić debilkę do kwadratu.
- Ja..
- No co ty?!
- Nieważne, nic.
Tom żachnął się i wyszedł z pokoju na dół, pewnie do łazienki. Uczucie samotności ogarnęło mnie ze wszystkich stron. Nawet bratu już nie mogłam się zwierzyć. Może rzeczywiście zwariowałam? Głosy w głowie, toczenie rozmowy w myślach?! Co za bujda! Nie, to niemożliwe. To nie możliwe.
Chociaż, gdybym jeszcze raz spróbowała, przekonałabym się.. Nie! Uspokój się, Clarisso, przywołuję cię do porządku. Co ci po tym, że dajmy na to usłyszysz jego głos? Albo znajdziesz go? Wasze rodziny ewidentnie się nie lubią. Zresztą, co to ma za znaczenie.. Jakie to wszystko kruche..
Ale obiecał, że wróci. Wyraźnie to słyszałam, ten głos. Na samo wspomnienie jego melodii przeszedł mnie rozkoszny dreszcz. Obiecał, że wróci. Musiał wrócić. Albo to ja musiałam wyjść mu naprzeciw.

Zeszłam na dół i ogarnęłam wzrokiem kuchnię. Pani Norah drzemała na fotelu, a samochodu ciotki Loren nie było na podjeździe. Widocznie musiała gdzieś pojechać. To dobry moment by wyjść na chwilę z domu. Ot tak, na podjazd. Nie przekroczę przecież płotu...
Niemal bezgłośnie zamknęłam za sobą wejściowe drzwi i wybiegłam na podwórze. Zimne powietrze owiało mnie ze wszystkich stron i jakaś siła wstąpiła w moje kości. Chciałam szukać Stanleya. Znajdę go.
Nie myśląc wiele co robię przekroczyłam płot i udałam się dobrze znaną żwirową dróżką w stronę cmentarza. Wiatr smagał mnie po twarzy i bawił się jasnymi kosmykami moich włosów, ale nie przeszkadzało mi to. Wszystkim, o czym w tej chwili marzyłam był Stanley.
Nie wiem kiedy znalazłam się przed cmentarzyskiem. Nogi same mnie niosły, tenisówki zdzierały się o żwir z zawrotną szybkością. Dotarłam do bramy cmentarza i całkiem wyczerpana wsparłam się o mur. Zaledwie parę kroków dzieliło mnie od uchylonych drzwi kaplicy. Wytężyłam wszystkie nerwy, każda komórka mojego organizmu napięła się i stęknęła z wysiłku.
Stanley..?
Cisza otaczała mnie zewsząd. Nagrobki cmentarne wydały mi się puste i milczące, upiorne. Przez uchylone drzwi kaplicy sączyło się białe światło słoneczne, nienaturalnie jasne i przerażająco smutne. Obejrzałam się dookoła ze ściśniętym sercem.
Jestem tu.
Drgnęłam słysząc aksamitny głos. Dreszcz przeszył me ciało i wtedy go zobaczyłam. Wspartego o mur pod wielką jodłą w prawym skrzydle cmentarza. Poruszył się powoli i odbił od ściany. Szedł ku mnie.
Desperackie próby złapania powietrza skończyły się fiaskiem. Kiedy ON był w pobliżu, nic nie wychodziło.
Dlaczego przyszłaś?
Dzieliło nas kilkanascie metrów, które przebył idąc swobodnie, z zielonymi tęczówkami wlepionymi w moje. Poczułam, jak fala gorąca oblewa mi policzki. Kto by nie spłonął pod naciskiem tego wzroku..?
A ty..?
Chciałem.
Ja też.
Stanął na przeciwko mnie i owiał delikatnym zapachem piżma wymieszanego z drzewem sandałowym. Wybuchowa mieszanka. Urwał mi się oddech, serce planowało chyba wyskoczyć z piersi.
- Miło cię widzieć.
Kąciki jego ust uniosły się ku górze a oczy rozbłysły jakąś dziwną wesołością. Jego rysy złagodniały wyciągnął do mnie rękę i uniósł moją dłoń ku górze. Mroczne wspomnienie jego twarzy z zeszłej nocy zniknęło bezpowrotnie. Nawet jeśli nie lubił mojej ciotki, mnie na pewno darzył sympatią. Ten uśmiech...
- Nie potrafię przestać..
Urwał i postąpił krok do przodu jednocześnie ściskając moją dłoń mocniej. Zbladłam.
...o tobie myśleć.
W głowie mi zawirowało. Odległość między naszymi ciałami wciąż się zmniejszała, czułam na policzkach jego ciepły oddech.
Powinienem odejść..
Coś w jego oczach smutno błysnęło, teraz to ja ścisnęłam go za dłoń, jakby nie chcąc pozwolić, by przez tę piękną twarz przebiegł jakikolwiek grymas. Bałam się, że to wszystko sen, że Stanley zniknie przy następnym mocniejszym powiewie wiatru.
Ale nie chcę.
Jego usta niebezpiecznie mnie przyciągały, miałam ochotę wpleść palce w te czarne włosy, poczuć siłę jego piersi napierającej na moje bezbronne ciało. Ciepło ogarnęło mnie ze wszystkich stron.
- Nie chcę.
Przymrużył powieki, nachylił się delikatnie i... zastygł w miejscu. Wyraz jego twarzy zmienił się w ułamku sekundy. Cień zmarszczył brwi, rysy stężały, nozdrza rozszerzyły się. Kątem oka zauważyłam, jak spina wszystkie mięśnie.
- Idą tu.
Dopiero teraz ujrzałam rząd ciemnych postaci wyłaniający się z końca żwirowanej ścieżki. Z daleka rozpoznałam człowieka w kapeluszu i mężczyznę w lokach. Tych samych. którzy wczoraj wieczorem stali z pochodniami na podjeździe. Stanley ścisnął moja dłoń i wskazał głową wyrwę w murze prowadząca na wrzosowiska. Pociągnął mnie i rzuciliśmy się w bieg.
Szybciej, Clar..! Złap się mojego ramienia.
Zrobiłam jak kazał. Przeskoczyliśmy prze wyrwę i utonęliśmy we wrzosowym morzu. Kłosy były wysokie, ale nie były w stanie ukryć nas w całości. Ukucnęliśmy więc i człapaliśmy w stronę lasu. Trzymałam Stanleya kurczowo, przerażona wyobrażeniem, że postaci w czarnym nas dogonią.
Nie bój się, tu nas nie znajdą.
Zatrzymaliśmy się pod wielkim drzewem znaczącym linię zagajnika. Wrzosy osłaniały nas ze wszystkich stron. Cmentarz wciąż był kilkaset metrów od nas, ale z tej odległości nikt nie mógł nas wypatrzeć we wrzosach.
Odrzuciłam włosy na bok i obróciłam się w stronę Stanleya. Nasze twarze znalazły się niebezpiecznie blisko. Zbyt blisko.
- Co my robimy..? - desperacki szept wyrwał się z moich ust i zawisł między nami. - Nie wiem nawet, kim jesteś i za co tak bardzo nie lubisz.. nie lubicie ciotki.. i kim są ci ludzie? I skąd ten głos w mojej głowie?!
Przycisnęłam rękoma pulsujące skronie, miałam wrażenie, że głowa mi wybuchnie. Poczułam oddech Stanleya na swoim policzku.
- To za trudne pytania, Clar. Nie mogę na nie odpowiedzieć.
Uniosłam brodę ze strachem i nasze spojrzenia się spotkały. Zieleń obejmowała mnie i przyciągała jak magnes.
Dlaczego tu jesteś? Ze mną? Dlaczego nie jesteś tak jak wczoraj - z nimi? Przeciwko Loren i mnie.. Nie chcecie nas tu, wiem to. Ale.. dlaczego ty nie..
Położył swoją dłoń na mojej i opuścił głowę.
- Nie wiem, Clarisso. Coś...jest coś w tobie co... Nie pytaj o nic, błagam.
Daleki krzyk przeszył powietrze. Szum przecinanego morza wrzosów zmącił ciszę. Serce się we mnie skurczyło, Stanley drgnął.
Wywęszyli nas.
Uciekajmy!
W stronę lasu, tutaj! Skacz!

sobota, 20 lipca 2013

IV Głos

Cały dzień spędziliśmy oglądając stare albumy ze zdjęciami, które znaleźliśmy w komodzie. Twarze brodatych mężczyzn podobnych do naszego pedofila oraz kobiet w powłóczystych sukniach i melonikach były przeraźliwie nudne. Bardziej nudne mogło być chyba tylko świstanie wiatru za oknem.
Wieczorem, po kolacji składającej się ze szklanki mleka i przypalonych tostów z konfiturą położyliśmy się do łóżek. W domu zapanowała cisza, ciotka zatrzasnęła się w jednym z pokoi na parterze, pani Norah powędrowała do swojej suterenki obok stodoły, a Tom niemal od razu uderzył w kimono. Słychać było tylko miarowe chrapanie aniołka.

Ułożyłam się wygodnie, ale nie mogłam spać. Tysiące pytań przepływało przez moja głowę, miałam ochotę wstać i wrócić na cmentarz, znów spotkać Stanleya. Jakaś część mnie po prostu nie potrafiła zapomnieć jego głosu, druga nakazywała tak właśnie zrobić. Czy ty możliwe, żebym tak szybko się zakochała? I to w kimś zupełnie obcym? W kimś, kto najprawdopodobniej ma zatargi z moją ciotką? Nie, to się nie mogło zdarzyć. Nie powinnam nawet o nim myśleć.

Jak to zwykle bywa - im bardziej próbowałam o nim zapomnieć, tym bardziej pamiętałam jego postać. Te oczy, te świdrujące, zielone oczy... Nie, tak się nie dało. Stanley nie mógł mnie opuścić. Byłam zadurzona.
A może.. może i on o mnie myśli? Spłonęłam rumieńcem na samo wspomnienie jego uśmiechu. Nie, niemożliwe. Nie myślałby o mnie. Nie mógłby, nie chciałby... A może myśli? Może też nie daje rady zasnąć, bo gdzieś w głębi jego serca zakotwiczyło się moje spojrzenie? Czy to możliwe..?
Idiotka! Jak zwykle wyobraża sobie niestworzone historie! Może i to spotkanie było snem?! Może i to ci się przyśniło, pieprzona romantyczko?! Dobrze ci radzę, trzymaj swój rozum na właściwym miejscu. Uczucia zawodzą. Zwłaszcza, jeśli się jest niestabilnym emocjonalnie i bardzo naiwnym.

Nie wiem ile przeleżałam w bezruchu. Prawdopodobnie przysypiałam, bo od czasu do czasu zdawało mi się, że spadam w dół, do którego wciąga mnie czyjaś ręka.. czyjaś silna dłoń.. uścisk, który niedawno poznałam, a który wciąż palił skórę..

Obudziły mnie wrzaski i trzaskanie gałęzi. Okna strychu rezonowały te przerażające odgłosy, szyby trzęsły się w ramach, a firanki latały to w prawo, to w lewo - jak zaklęte. Przestraszona potrząsnęłam prześcieradłem Toma.
- Tom! Coś się dzieje, słyszysz..?
- C..co..?
Zaspane oczy brata patrzyły na mnie z wyrzutem, przeciągnął się na łóżku i ziewnął w poduszkę.
- Co się ma dziać, przepraszam..?
Podeszłam do okna i strach przepłynął przez moje ciało dreszczem. Na podjeździe stało kilkanaście osób trzymających pochodnie. Poświata księżyca odbijała się od ich postaci, wyglądali jak masoni skupieni na nocnym seansie. Jakiś mężczyzna wysunięty najbardziej naprzód machał czymś w ręku. Wytężyłam wzrok i wydało mi się, że to zwój papieru.
- Co to kuźwa jest..?!
Tom zdążył już wygramolić się spod pierzyny i stanął obok mnie. Pokręciłam głową.
- Nie wiem...
Krzyki nasilały się, parę postaci ze środka grupy stanęło obok mężczyzny z papirusem, machali rękoma, chwytali się za głowy. Posunęłam spojrzeniem po podjeździe i dopiero teraz zauważyłam ciotkę Loren stojącą parę kroków przed pochodem, na schodach werandy. U jej prawego ramienia wisiała stara Norah z lampionem w ręku.
- Ciotka?
Zmarszczyłam brwi. Tom wydawał się niemniej zdziwiony, ale wkrótce po jego twarzy przemknął cień poirytowania. Nachmurzył się i odpadł od szyby wracając do łóżka.
- Może to taki zwyczaj w tych przeklętych wrzosowiskach. Się w nocy na zjazdy umawiają żeby trochę kuźwa pokrzyczeć komuś pod oknem.
Ignorując biadolenie brata skupiłam uwagę na cioci. Unosiła ręce i wydało mi się nawet, że uspokaja bandę rozzłoszczonych ludzi. Gestykulowała żywo, ale jej głos niknął w powszechnym hałasie. Nie mogłam nic zrozumieć.
- Co ty robisz?! Idziesz tam!?
Tom podniósł się na łóżku kiedy usłyszał, jak naciągam na siebie tshirt i jeansy. Zatroszczył się o mnie, aniołek pieprzony, w samą porę.
- Dowiem się o co chodzi. To wszystko jest jakieś ostro popieprzone. - szepnęłam przekraczając próg.
Z bijącym sercem zeszłam ze stopni. O dziwo schody ani razu nie skrzypnęły pod moimi stopami, jakby i one wsłuchane w krzyki na zewnątrz zamarły w oczekiwaniu. Podeszłam do uchylonych drzwi i dopiero teraz poczułam, jak bardzo się boję. A może nie wychodzić? Co, jeśli ciotka się zdenerwuje? I po co to wszystko, ten cały hałas? Nie, nie było innej możliwości. Musiałam się dowiedzieć.
- Uspokój się, Jones. Żaden punkt nie został złamany.
Głos Loren był stanowczy, zimny i zadziwiająco szorstki. Mimo tej wyniosłości, mężczyzna z rulonem przerwał jej w pół zdania.
- Te dzieci nie mogą tu zostać, dobrze o tym wiesz. Nie lubimy obcych.
- One nie są obce, Jones.
- Stwarzasz niebezpieczeństwo dla siebie i dla nas, Loren. Umowa wyraźnie to podkreśla.
- Twoja umowa ma pół wieku, może czas ją uaktualnić.
- Naszej natury nie da się uaktualnić i dobrze o tym wiesz.
Ciotka drżała, zdołałam dostrzec to przez lufcik w drzwiach. Plecy pani Norah zasłaniały mi znaczną część grupy, ale dojrzałam parę twarzy. Ciemny mężczyzna z lokami i orlim nosem, jakaś wysoka i szczupła brunetka, starzec z pomarszczonymi policzkami, człowiek w kapeluszu i...
Serce we mnie zamarło. Zielone oczy błysnęły w ciemności i przeszyły mnie wzrokiem. Mocno zarysowana szczęka poruszyła się i zacisnęła mocniej. Ciemny kosmyk długich włosów opadł na policzek. Stanley stał za tymi ludźmi i patrzył prosto na mnie.
Oddech mi się urwał i czułam, że jeśli nie wesprę się o drzwi, upadnę zemdlona. W głowie zawirowało, po kościach rozlał się lęk i zarazem jakaś dziwna przyjemność. Stanely tam był. Zaledwie parę metrów ode mnie. I wiedział, że tu jestem.
Clarisso...
Jego głos. Wirowanie w głowie nasiliło się, na chwilę straciłam ostrość widzenia. Blask pochodni to zamazywał się, to znów rozmazywał, a ja nie mogłam złapać równowagi. Stałam oparta o drzwi, przelękniona, z sercem struchlałym z przerażenia. Głos powrócił.
Nie bój się..
Chciałam przełknąć ślinę, ale napotkałam tylko nieznośną suchość w ustach. Czułam na policzkach upór spojrzenia Stanleya, niemal widziałam przy sobie te zielone świdrujące tęczówki. Zacisnęłam dłonie na klamce. Co się dzieje?! To sen?! Dlaczego wszystko tak wiruje..? I dla czego słyszę jego głos w mojej głowie..? Czy to mi się tylko.. czy to się wy..daje?
Boisz się?
Całą siłą woli uniosłam drżącą głowę. Dreszcze przeszyły moje ręce i nogi jak żyłki prądu. Cała byłam pod napięciem. Nie potrafiłam zapanować nad własnym ciałem. Letarg, gorączka. Jak gorąco..! Co się dzieje? Dlaczego słyszę jego głos...?! Boże..!
Spójrz na mnie.
Uniosłam oczy i popatrzyłam, gdzie kazał. Wrzątek na powrót oblał moje ciało. Zielone oczy śledziły każdy mój ruch w skupieniu, przypatrywały mi się i przyciągały.
Boisz się?
Spięłam każdy nerw i każdy nerw się poruszył. Całą możliwą siłą drzemiącą w członkach wyłuskałam jedną myśl i pozwoliłam jej płynąć. Obraz znów się zamazał i znów wyostrzył, a niemoc na powrót ogarnęła moje kości. Coś wbiło mnie w ścianę. Poczułam, jak przez moje żyły przepływa ciepło.
Nie boję się.
Co to..? Czy to mój.. czy to ja..? Czy dobrze słyszę..? To ja czy ktoś inny? Ktoś obcy, ktoś w moje głowie..?
Zaufaj mi.
Kolejny sygnał, naprężenie mięśni. Pot i ciepło w żyłach.
Ufam.
Jeśli ufasz, nie przekraczaj teraz tego progu.
Nie spuszczał ze mnie wzroku. A ja czułam jak z każdą sekundą opadam z sił. Tylko chwile dzieliły mnie od  ostatecznego upadku.
Nie.. nie przekroczę.
Przez mgłę widziałam, jak wiatr poruszył jego włosami, jak jakiś cień, jakby uśmiech przebiegł przez jego usta. Spojrzał na mnie łagodnie.
Nie powinnaś mnie słyszeć.
Moje ciało opadało coraz niżej. Nie czułam już nawet stóp. Martwota pełzła w od nóg w górę jak jad. Zdało mi się, że zaraz mnie pochłonie.
Nie wiem.. nie wiem co się dzieje..
Zawirowało mi w głowie, z trudem wyuzdałam te ostatnie myśli. Stanley drgnął.
Nie powinnaś tu być. Ja też nie. I nie powinienem chcieć wrócić.
Czy..czyli..wró..cisz..?
Wrócę.
Te ostatnie słowa dotarły do mnie z daleka, bardzo daleka. Poczułam jeszcze tylko zimne drewno pod plecami, a potem otoczyła mnie ciemność. Ciemność, w której nie było ani głosów, ani ciemnych twarzy, ani odrobiny zieleni.

piątek, 19 lipca 2013

III Zakaz

Dotarłam do dworku trochę po szóstej. Tom jeszcze smacznie chrapał, i szczerze mówiąc ja również poczułam się senna. Zdjęłam mokre ubranie i klapnęłam na łóżko. Tysiące myśli przetaczało się przez moją głowę, a wszystkie nosiły znamię tej pięknej twarzy i zielonych oczu. Chociaż bardzo chciałam zasnąć - nie potrafiłam. Malinowe usta wracały do mnie ze zdwojoną siłą, głęboki głos odbijał się od każdej ściany. Nie potrafiłam zapomnieć Stanleya.

Dlaczego tak bardzo zmienił się, kiedy usłyszał o ciotce? Dlaczego uśmiech spełzł nieodwracalnie z jego warg, a brwi zmarszczyły się w ten straszny sposób? I dlaczego tak bardzo mnie onieśmielał? W przeciwieństwie do pierwszych dwóch pytań, na trzecie dobrze znałam odpowiedź. Nie wiem czy możliwa jest miłość od pierwszego wejrzenia, w moim przypadku pewnie tak. Wiedziałam jedno - to na pewno była miłość nieodwzajemniona. Chociaż na początku przecież się uśmiechał...
- Kuźwa mać!
Ciche przekleństwo wsączyło się w poduszkę, Tom poruszył się na swoim łóżku niespokojnie. Aniołek pieprzony. Przespał tyle zdarzeń i dziwnych sytuacji. Przespał Stanleya..

Parę chwil przed obiadem do drzwi dworku zapukała ciotka Loren. Na podjeździe zauważyłam starego saaba zaparkowanego obok szopy, pod lasem. Starowinka z sutereny ( jak się później okazało właścicielka szatańskiego imienia Norah ) wybiegła jej na przywitanie. Ciotka władowała na ręce babki jakieś paczki i pudła, które tamta wniosła do szopy. Sama skierowała się do nas z otwartymi ramionami.
- Tom, Clar! W końcu się widzimy! 
Uścisnęliśmy się serdecznie i zasiedliśmy przy kuchennym stole. Pani Norah przyniosła skądś dymiący garnek zupy i rozlała go do misek przed naszymi nosami. Poprzez opary unoszące się nad stołem przyjrzałam się dobrze cioci. Włosy już niekiedy siwe upięła w wysoki kok w dziwny sposób harmonizujący z jej skromnym ubiorem. Niebieskawa sukienka zapięta na broszkę dodawała tej zmęczonej twarzy jakiegoś osobliwego uroku. nawet zmarszczki nie odejmowały jej czaru. Szare oczy ciotki patrzyły na nas z łagodnością. Przypomniało mi się, jak mama mówiła o samotności swojej siostry wynikającej ze śmierci męża i braku dzieci. Zrobiło mi się jej szkoda, cokolwiek myśleli o niej ludzie ( taki weźmy na to Stanley ) na pewno było nieprawdą. Zasługiwała na szczęście i szacunek.
- Mam nadzieję, że Norah zapoznała Was z zasadami panującymi w moim domu.
Pokiwaliśmy ochoczo głowami, a usta ciotki uniosły się w uśmiechu. Wyglądała na usatysfakcjonowaną. 
- To dobrze, dzieci, to dobrze. A o okolicy mówiła? 
- O okolicy?
Popatrzyliśmy po sobie z Tomem, a pani Norah chrząknęła znad garnka.
- Mówiłam o drzwiach i oknach, Pani Loren. I o płocie.
- A zakaz wychodzenia?
Po twarzy ciotki przebiegł cień irytacji. Pokręciła na staruszkę głową i zwróciła na nas swoje szare spojrzenie.
- Nie wychodzimy nigdzie bez moje zgody. Ni-gdzie. Okolica jest dość.. niebezpieczna. Dużo tu osób, które mogłyby.. a zresztą.. Po prostu nie wychodźcie.
Poczułam, jak rumieniec wypływa na mój policzek. Już pierwszego dnia złamałam zakaz i pogwałciłam twarde reguły ciotki. Wybornie. Jeśli tak dalej pójdzie, odeślą mnie do domu.
Moje nagłe zawstydzenie nie uszło uwadze Loren. Zmarszczyła czoło i wpatrzyła się we mnie z uwagą. To nie pomogło mojej pewności siebie.
- Clarisso? Co się stało?
Poruszyłam szybko głową starając się wyszukać jakiejś deski ratunkowej. Co robić?!
- Ja.. nie, nic. Gorąco tu.
Wełniany sweter Toma i płaszcz na plecach ciotki zdawał się potwierdzać mój argument. Bardzo mądrze, Clarisso, gratulację. A teraz zepnij dupę i rusz głową, skończona idiotko!
- To znaczy.. nie wiedziałam, że nie można wychodzić i zwiedziłam dziś rano cmentarz. 
Wypaliłam to zdanie z pochylonym czołem, rozpalonymi policzkami i ściśniętym żołądkiem. Prawda jest lepsza niż kłamstwo - wychodziłam z tego założenia. Ciotka chyba nie podzielała tej mądrości, przez jej twarz przebiegł cień, a zmarszczki na czole pogłębiły się. 
- Nigdy więcej tego nie rób, Clarisso. Nigdy więcej.
Jej usta zwarły się w cienką linię i cała serdeczność gdzieś wyparowała. Przelękłam się, chciałam się bronić, ale brakowało mi słów. Opuściłam głowę na piersi i zagapiłam się w rąbek obrusu. Co złego zrobiłam?, by się tak wstydzić?
- Mam nadzieję, że z nikim nie rozmawiałaś?
No i to był strzał w dziesiątkę. Purpura oblała mnie na powrót i dreszcz przebiegł przez całe ciało. Oczywiście, że z kimś rozmawiałam. I to nawet z nie byle kim. Ze Stanleyem.
- To znaczy.. nie długo, parę zdań..
- Słucham?!
Głos ciotki przeszył kuchnię, podniosła się ze swojego siedzenia wzburzona, gniew przyćmił jej oczy. Przelękłam się nie na żarty. Gdybym wiedziała, że rozmawianie z nieznajomymi wywoła u niej taką reakcję, w życiu bym nie zaryzykowała.
- Ja.. przepraszam..
Pierś ciotki falowała, jej ciało zadrżało. Uniosła do góry palec.
- Nigdy więcej, Clarisso. nigdy więcej! Nawet nie wiesz, co oni mogą.. co mogą zrobić..! Beze mnie nigdzie się nie włóczycie, rozumiesz?! Nigdy i nigdzie!
Usiadła na powrót przy stole i przetarła twarz dłonią. Do końca obiadu nikt się nie odezwał. Atmosfera była cięższa niż zupa ugotowana przez panią Norah. 

Po jedzeniu wymknęliśmy się z Tomem do pokoju i zamknęliśmy szczelnie drzwi. Klapnęłam na łóżko skruszona i wzburzona zarazem. Wciąż nie rozumiałam, co złego zrobiłam. I dlaczego mimo swojej niewinności czułam się wyrzuty sumienia?
- Serio byłaś na tym cmentarzu?
Głos Toma był przytłumiony, jakby on też czuł się słabo. Pokiwałam głową niechętnie. Jakiś niewytłumaczalny lęk rozlał się po moich kościach i przeżerał je do szpiku.
- I co z tego? Byłam. Nie wiem, co w tym strasznego.
- A z kim rozmawiałaś, jeżeli można wiedzieć?
Spuściłam oczy na kołdrę czując pulsującą w skroniach krew. Zrobiło mi się niedobrze.
- Ze Stanleyem.
- Acha, ze Stanleyem.. widzę że jesteśmy na ty..
W głowie mi tak wirowało, że nawet cmokanie Toma dochodziło z daleka i odbijało się o mur obojętności.
O co w tym wszystkim chodzi, po co te zakazy?
- On jej nie lubi.
- Kto?
- Stanley.
- Kogo?
- Ciotki.
Tom wydął usta i zapatrzył się gdzieś za okno, na wrzosowiska. Cisza zaległa na naszym poddaszu. Tylko deszcz bębniący o szybę zdawał się ostrzegać przed czymś, co jeszcze nie nadeszło. Co miało nadejść..

czwartek, 18 lipca 2013

II Kaplica

Kiedy się obudziłam, niebo było czerwone a powietrze gęste. W dworku i na wrzosowiskach panowała cisza tak głęboka, że aż niemożliwa do zniesienia. Spojrzałam na tarczę zegara wiszącego obok portretu kapelusznika. Piąta trzydzieści. Co mnie tknęło, żeby tak rano wstawać? Normalnie o tej godzinie chrapię w najlepsze.
Powoli podniosłam się z pierzyny i szukałam twarzy Toma wśród pościeli na łóżku obok. Mój brat spał jak aniołek, jego jasne włosy walały się po poduszce tworząc nad głową rozkoszną aureolę.
- Aniołek, kuźwa.
Wstałam i w mgnieniu oka narzuciłam na siebie jeansy i bluzę. Wczorajsze ubrania wciąż był przemoczone i w pokoju zaczęło już śmierdzieć zgnilizną. Prawdopodobnie musiałam coś z tym zrobić.
- I zrobię, ale najpierw okolica.
Zeszłam po schodach najciszej jak się dało i odemknęłam zamek w drzwiach. Wysunęłam nogę na werandę, zimne powietrze uderzyło mnie w policzki i otuliło dreszczem. Naciągnęłam mocniej bluzę i upewniając się, że zamknęłam wejście na klucz zeskoczyłam z podestu na trawę. Dopiero teraz - po burzy - mogłam zobaczyć dworek w całej okazałości. Otaczał go gęsty i ciemny zagajnik. Nie miałam pojęcia, skąd w samym sercu wrzosowisk wziął się las, ale przyjęłam ten fakt do wiadomości z uśmiechem. Lubiłam zieleń, dodawała mi otuchy. Taka miła oaza przełamująca monotonność fioletowych pól.
Obok dworku, jakieś pięćdziesiąt kroków w lewo stała szopa, a zaraz obok niej suterena, o której mówiła zeszłego wieczoru staruszka od lampionu. Do obu prowadziła kamienna ścieżka, podobnie jak do płotu odgradzającego rezydencję od drogi i pól. Miało to nawet pewien klimat. Ot, taki swój - mroczny.

Spojrzałam na drogę wychodzącą z dworku i ginącą daleko we wrzosowym morzu. Przyszliśmy na pewno z lewej strony, tam ścieżka była kamienna. Prawa jej część wysypana została żwirem, a kierunek drogi wskazywała urwana tabliczka walająca się przy drodze. ,,Kaplica w Gatsley, 1608, prawo''.
Nie żebym była wielkim koneserem sztuki czy fanatykiem podróży krajoznawczych, ale uwielbiałam stare budowle sakralne. Taki fetysz. Znienacka obudziła się we mnie ciekawość. Przed oczyma wyobraźni pojawiła się biała wieżyczka otoczona fioletem, z pnącymi kwiatami i uroczymi witrażami w oknach. No dobra, może moje wyobrażenie nie pasowało do, hm, jakby to powiedzieć... mrocznej? okolicy, ale takie miejsce chciałam zobaczyć. Potrzebowałam odpocząć sam na sam z czymś wzniosłym. A co na świecie jest bardziej wzniosłego od kaplicy?

Ruszyłam w stronę wskazywaną przez urwany znak. Z minuty na minutę robiło się coraz chłodniej, mimo, że słońce wzniosło się już wyżej i z czerwonego talerza przeistoczyło w rudozłotą tarczę na widnokręgu. Minęłam zagajnik i wciąż szłam wzdłuż wrzosowych pól. Droga ani razu nie skręcała, była prosta i jakby pewna obranego przez siebie kierunku. Rozglądałam się szukając jakichś domów, ale w zasięgu wzroku nie dopatrzyłam się ani jednej chatki, dworku czy czegoś podobnego. Nic - tylko wrzosy i wrzosy.

Nareszcie nieliczne drzewka wysuwające się nieśmiało znad fioletowego morza zaczęły gęstnieć i moim oczom ukazał się kolejny niewielki zagajnik. W jego środku bieliły się ściany jakiegoś budynku - zdawało się, że kaplicy. Dookoła gdzie nie spojrzeć - ciemnoszare marmurowe nagrobki, granitowe wazy na prochy. Znalazłam się na cmentarzu w Gatsley. O lepsze miejsce do odpoczynku chyba nie wypadało by się modlić. Rozejrzałam się w poszukiwaniu żywej duszy. Na brak tych nieżywych nie mogłabym prawdopodobnie narzekać, ale ogarnęło mnie niewysłowione pragnienie ujrzenia kogoś żywego. Poczułam się obco, moja kaplica nie była ładna, obrośnięta kwiatuszkami, z fantazyjnymi mozaikami w oknach. Średniowieczny przysadzisty budynek sprawiał raczej wrażenie zamieszkałego przez duchy.

Przeszłam wzdłuż pierwszej z alejek i ze zmarszczonym czołem czytałam napisy na nagrobkach.
Alice Harbey, 1657   Nuton Lobretton 1799  Grób rodzinny Nevthersonów 1802  Lively Black 1897..
Ta różnorodność dat nieco zbiła mnie z tropu. Poza tym niezwykle zastanawiający wydał mi się fakt, że na tak opustoszałych wrzosowiskach w ogóle miał kto umierać. Przecież nie widziałam dzisiaj nikogo. Nikogo.

Zwiedziłam jeszcze parę alejek z założonymi rękoma. Wyschnięte kwiaty, wieńce spalone słońcem, słone zacieki na grobach.. Wszystko to wyglądało tak, jakby rodziny zmarłych składały im wizytę pierwszy i ostatni raz w dniu pogrzebu. Ostatnie pożegnanie i basta.
Naciągnęłam na włosy kaptur, zaczynał siąpić deszcz. Pewnie musi być gdzieś około szóstej - pomyślałam i zwróciłam się w stronę zardzewiałej bramy wyznaczającej wyjście z cmentarza. Ale zaraz... Co z kaplicą? Nie mogłam przecież przejść obok niej obojętnie. Skoro już tak daleko zaszłam - musiałam spróbować dostać się do środka, lub chociaż do niego zajrzeć. Nie darowałabym sobie przepuszczenia takiej okazji, o nie.

Odbiłam więc na lewo i stanęłam pod żwirowanym wejściem do kaplicy. Ogromne drewniane drzwi zamknięte były na kłódkę. Wiatr poruszał nią lekko tak, że dawało się słyszeć cichy zgrzyt starych mechanizmów zamka. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć tej zardzewiałej pamiątki historii i...
-Nie wiem, czy to coś da. Z tego co wiem, o tej porze zamknięte.
Na dźwięk tego niskiego głębokiego głosu dobiegającego moich uszu zza pleców, w pierwszej kolejności krzyknęłam głucho, a potem śmiertelnie przestraszona odwróciłam się i przywarłam plecami do kłódki. I zamarłam.

Jak długo żyję na tym świecie - a żyję już osiemnaście lat - nie widziałam w życiu nikogo piękniejszego. Musiał być duchem albo piorun wie czym, bo ludzie przecież tak nie wyglądają. Długie proste włosy opadały ciemnymi kosmykami na silne ramiona. Wyraźnie zaznaczone szczęka i kości policzkowe idealnie harmonizowały się z hipnotyzująco zielonym kolorem jego oczu. Pełne usta przyciągały do siebie jak magnes. Rozchełstana koszula odsłaniała odrobinę wyrzeźbionego torsu, na klatce piersiowej nieznajomego spoczywały wisiory, krzyże i znaki, których ukrytej symboliki  nie potrafiłam odgadnąć.

Zaniemówiłam i zawstydziłam się pod wpływem natarczywości jego spojrzenia. Szybkim ruchem odgarnęłam z czoła niesfornego loka i spuściłam oczy na ziemię. Wprost czułam, jak pokrywam się niezręcznym rumieńcem.
- Ja... Chciałam tylko zobaczyć ołtarz, ale kłódka.. Wcześnie przyszłam..
- Wcześnie, nie da się zaprzeczyć.
W głosie chłopaka pobrzmiewała jakaś drwina, podniosłam więc wzrok by zbadać jego twarz. Pomyliłam się - na ustach miał delikatny uśmiech, bardziej przyjazny niż szyderczy. Właściwie, oprócz tego, że łatwo się rumieniłam, nie byłam chyba aż taka żałosna, by się ze mnie śmiali.
- Ale ty też jesteś wcześnie.
Wyszeptałam ośmielona jego łagodnym zachowaniem, uśmiechnęłam się lekko i znów spłonęłam rumieńcem. Dlaczego tak bardzo mnie zawstydzał?! Był przystojny, to prawda, był cholernie przystojny, ale żebym aż tak.. Tak, to możliwe. Ja potrafię ,,aż tak''.
Usta nieznajomego uniosły się ku górze szerzej, wyciągnął do mnie rękę. Z łopoczącym w piersi sercem podałam mu swoją dłoń, ścisnął ją i miałam wrażenie, że trochę za długo przytrzymał w swojej.
- Clarissa.
- Stanley.
Czułam na sobie jego badawczy wzrok. Zmarszczył brwi i uśmiech przygasł na jego pięknej twarzy. Przestraszyłam się, może coś zrobiłam nie tak? Może zachowałam się w jakiś sposób grubiańsko? Boże jedyny, kto by pomyślał, że będę miała takie dylematy o szóstej rano na jakimś zapomnianym przez świat cmentarzu?!
- Co robisz w okolicy?
Głos Stanleya był miękki, tak miękki, że nie mogłam powstrzymać kolejnej fali gorąca oblewającego moje policzki i klatkę piersiową. Koił mnie tym głosem i przywoływał. Przysięgam, że gdyby nie ogólnie przyjęte zasady dobrego wychowania i ta pieprzona nieśmiałość - zatopiłabym usta w tych malowanych ręką boską wargach..
- Przyjechałam wczoraj z bratem do ciotki, więc jestem, hm...nowa?
Wzruszyłam ramionami udając, że nie obchodzi mnie ani ciotka, ani brat, ani w ogóle nic.
- Do ciotki..?
Jego głos uderzył w ciemniejsze dźwięki, przygasł. Wydało mi się, że zielonej otchłani jego oczu coś na moment błysnęło.
- Tej ciotki, która mieszka w zagajniku, w dworku? Pani.. Loren..?
Pokiwałam głową zdziwiona nagłym oziębieniem jego zachowania. Uśmiech całkowicie spełzł z jego twarzy, atmosfera zgęstniała. Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć, by nie palnąć głupoty. Po rej dziwnej reakcji na dźwięk słowa ,,ciotka'' szybko wywnioskowałam, że musi mieć z Loren na pieńku.
- Tak, Loren.. Siostra matki.. Mamy tu z Tomem, to znaczy z moim bratem, spędzić wakacje..
- Ach tak..
Stanley kiwnął głową i przymrużył oczy. Brwi w dalszym ciągu marszczyły się na jego czole i wydał się mi o parę lat starszy, niż zapewne w rzeczywistości był. Nie lubił ciotki, to było jasne jak słońce. A skoro ja byłam z ciotką związana, mógł stracić ciepłe usposobienie i do mojej osoby.

Zerwał się wiatr i pokrył ciążące milczenie. Rumieniec opuścił moją twarz, pobladłam i poczułam dziwny niepokój. Nie polubił mnie, kuźwa. Najwidoczniej coś go we mnie odtrącało. Te zmarszczone brwi.. Ale.. dlaczego?
Naciągnęłam na włosy kaptur, który wcześniej zdążył ześliznąć się na plecy i szukałam odpowiednich słów. Kiedy w końcu zdobyłam się na odwagę fala gorąca znów zalała moje czoło i policzki. Nie potrafiłam zachować się swobodnie.
- Chyba.. muszę już iść. Bo.. ten wiatr, deszcz... Tom, znaczy mój brat... będzie zły, że wyszłam..
Bąkałam te krótkie urywki pod nosem i kiedy w końcu skończyłam zawstydzona do reszty, uniosłam oczy na Stanleya. Wciąż bacznie mi się przyglądał, badał mnie wzrokiem, bez pardonu śledził ruchy moich ust, powiek, mowę ciała. Wciąż był zachmurzony i jakby zamyślony, ale moje zdanie sprawiło, że otrząsnął się i pokiwał głową. Powoli. Bardzo powoli. Zbyt powoli.
- Tak, powinnaś już iść.. Clarisso.
Po raz setny tego poranka spłonęłam. Sposób, w jaki wymówił moje imię. Błysk jego białych zębów, gdy otwierał usta. I ten miękki głos, to przyciąganie..
- Miło było cię poznać.
To ostatnie wyznanie wyszeptał niemal do siebie. Bąknęłam coś pod nosem w rewanżu i jak najszybciej przemaszerowałam przez alejkę do bramy i z bramy na szosę. Przyspieszyłam kroku, przestraszona i zawstydzona. Momentami miałam ochotę biec, na przekór żwirowi i wiatrowi odpychającemu mnie w przeciwnym kierunku. Nie wiem, czy Stanley został tam, na cmentarzu. Zapominając o wszystkim dookoła, biegnąc w stronę domu ciotki ze ściśniętym sercem i rozpalonymi policzkami, zadurzona i wypłoszona, nie obejrzałam się za siebie ani razu.

I Wrzosowiska

Powiew wiatru zdarł z mojej głowy kaptur, poirytowana ściągnęłam bluzę i przerzuciłam ją przez ramię. Odkąd wyszliśmy w pole minęły dobre dwie godziny. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zamiast posuwać się naprzód szliśmy do tyłu. Wrzosy zasłaniające widnokrąg po obu stronach drogi nie pomagały w utrzymaniu właściwego kierunku. Zresztą  to nasza wina, że nie wsiedliśmy do wozu Hensa. Może i facet bez wyobraźni, ale przynajmniej wie, gdzie jedzie.
- Długo jeszcze?
Nie ukrywałam poirytowania, zresztą Tom też nie wyglądał na zadowolonego. W odpowiedzi na moje pytanie uniósł brwi i pokręcił głową. Jak zwykle.
- Zgubiliśmy się, tak?
Tom obdarzył mnie najbardziej obojętnym spojrzeniem, na jakie było go stać. Nie, żeby mnie to wzruszyło, co to to nie.
- Możesz zamknąć się i po prostu iść przed siebie? Chciałbym zdążyć przed zmrokiem.
- Powodzenia.
Ach ta ironia w moim głosie! Zawsze byłam perfekcjonistką w kwestii zaginania osób mniej inteligentnych niż ja. Tom zdecydowanie się do takich kwalifikował.

Wiatr wzmagał się z każdym przebytym kilometrem. Chmury burzowe gromadziły się na wzburzonym niebie, wkrótce poczułam na skroni pierwszą ciężką kroplę deszczu. O parasolkach mogliśmy tylko pomarzyć.
- Wybornie. Tylko tego brakuje, żebyśmy zmokli.
Przekleństwo wyrwało się z moich ust, Tom tylko zmarszczył czoło i parł przed siebie ignorując niesprzyjające warunki pogodowe. Do czasu. Kropelki deszczu w mig zamieniły się w siekące ze wszystkich stron kulki gradowe. Chcąc nie chcąc musiałam znów naciągnąć na oczy kaptur.
- Niech to cholera! Psia mać, kuźwa!
Uzbrojona w kaptur i plecak osłaniający co wrażliwsze części ciała maszerowałam unikając Toma i jego złorzeczenia. Wiatr dął mocno, spychał nas we wrzosy, ciągnął za ubrania, wyrywał z rąk chusteczki i od dawna puste butelki wody. Nic nie zapowiadało ustąpienia wichury.

Byłam już na skraju wyczerpania fizycznego i nerwowego, kiedy na horyzoncie coś zamigotało. Niewielka, podłużna smuga światła przedarła się przez mgłę i oślepiła nas na chwilę. Zaraz za łuną pojawiła się postać w zlanym deszczem prochowcu, pomarszczona i niska. Przez wrzosowisko przetoczył się chrapliwy głos.
- Tom i Clarissa Laters, czy to wy?
Spojrzałam na Toma szerokimi oczyma, ten z wyrazem ulgi na twarzy machnął na postać i kiwnął głową wycieńczony. Byliśmy uratowani. Barry Moor musiało być gdzieś w pobliżu.
- Idźcie za mną, tylko uwaga pod nogi!

Posłuchaliśmy skrzekliwego głosu i podążyliśmy za nim i światłem, które się dookoła niego skupiało. Całe ciało miałam odrętwiałe, ledwo trzymałam się na nogach. Mokre strąki włosów zakrywały mi oczy, co jeszcze utrudniało przebycie i tak ciężkiej do przeprawienia kamienistej drogi. Kątem oka dostrzegłam, że i Tom ledwo zipie. Chyba tylko wyobrażenie czystych ciepłych pokoi czekających na nas w dworku trzymało nas przy życiu.

Wyobraźnia potrafi wywieźć człowieka w pole. Nasz dworek okazał się podmurowaną chałupą capiącą zgniłym drewnem, a pokoje nie były ani czyste, ani ciepłe. Postać trzymająca lampion dobiła już pewnie osiemdziesiątki i była kobietą. W niczym nie przypominała ciotki Loren. Jak się chwilę później dowiedzieliśmy, ciotka wyjechała w pilnej sprawie na północ, wróci może za dzień,  może za dwa. No, góra tydzień.
- Tu macie pościel, mleko i jedzenie w kuchni. Gdybyście potrzebowali jakichś kartek czy atramentu, zapukajcie do mojej suterenki na zewnątrz, obok szopy. Pani Loren kazała poinformować was o nakazie zamykania okien na noc.
Starucha machała rękami i żylastą głową, patrzyliśmy na nią w otępieniu, pragnąc położyć się w końcu spać. - A, jeszcze jedno. Drzwi na zamek, zawsze. I nie oddalajcie się dalej, jak do płotu. Nigdy nie wiadomo.. a zresztą.. a! Dobranoc, dzieci.
Odprowadziliśmy babkę wzrokiem. Trzasnęła wiekowymi drzwiami i przekręciła klucz w zamku ze zgrzytem. Głębokie skrzypienie zdało się płynąć ku nam po podłodze. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na wystrój dworku. Szara tapeta oklejała ściany w całym domu, drewniane deski na ziemi były zdarte i skrzeczały nie gorzej niż głos ,,naszej wybawicielki''. Większość miejsca w hollu zajmowały przecierane schody prowadzące na wyższe piętro, gdzie ulokowany był nasz pokój - strych. Na lewo od pierwszego stopnia tej windy w wersji super-retro odbijał niedługi korytarz. Cztery pokoje naprzeciwko siebie i łazienka na szarym końcu, w rogu. Pod ścianą mahoniowe pianino i biblioteczka. Od samego patrzenia robiło się niedobrze. Wszystko tak stare, że aż bolało. Za szeregiem kolumn i przybudówką mieściła się kuchnia. Białe, nadbite kafelki, jakiś blat, długi na dwanaście osób stół. I świece, wszędzie świece. Nawet żyrandol wypadał przy nich wyjątkowo blado.
- Ładne okna, zobacz, jakie długie. - mruknęłam szturchając Toma. - Szkoda tylko, że tak pozakrywane tymi ohydnymi firankami.
Mój brat mruknął coś pod nosem i podniósłszy z ziemi plecaki udał się na górę. Bez namysłu zrobiłam to samo. Schody skrzeczały i protestowały, ale byliśmy nieugięci. Odemknęliśmy uchylone drzwi strychu i wtargnęliśmy do naszej nowej rezydencji.
- No, Buckingham Palace to to nie jest...
Dwa szpitalne łóżka, drewniane szafki obok i lampka przywitały nas cichym westchnieniem. Pośrodku podłogi biegł chiński dywan, zapewne pamiętający czasy wojny secesyjnej. Ogromne okno na północnej ścianie odsłaniało tylko ciemność. Dobrze, że zdążyliśmy przed nocą.

- Nie zasnę, jeśli ten stary pedofil będzie patrzył mi w oczy.
Tom wskazał na obraz wiszący obok drzwi z odrazą. Sędziwy mężczyzna w kapeluszu, z czarną brodą i cygarem w ustach piorunował nas wzrokiem. Zaśmiałam się.
- Zawsze można go odwrócić, nie?
- Ja się nie dotykam. Pedofila to pewnie rajcuje.
Pokręciłam tylko głową i dostrzegłam toaletkę stojącą w rogu pokoju, przy stropie. Lustro odbijało moją zdziwioną twarz i potargane włosy. Jęknęłam.
- Chyba już się zdążyłam przystosować... Wyglądam jak nieodłączny element krajobrazu.
Tom prychnął nasuwając na siebie pierzynę i koc.
- Dobranoc, Clar. Nie patrz się tak w to lustro, bo jeszcze coś z niego wyjdzie i wtedy będzie.
Wybuchnęłam śmiechem i kopnęłam nogę łóżka tego idioty, mojego rodzonego brata. Naprawdę nie wiem, co on ma w tej bani.
- Wątpię. Wystarczy, że cię zobaczy i po sprawie. Nie musisz się nawet bać pana w kapelutku, bo nikt cię nigdy w życiu nie zgwałci Tom, jesteś za brzydki i głupi. Smutna prawda.
- Przepadnij.
- A ty śpij.
- Dobranoc, poetko.
-  Dobranoc, tępaku.