Cały dzień spędziliśmy oglądając stare albumy ze zdjęciami, które znaleźliśmy w komodzie. Twarze brodatych mężczyzn podobnych do naszego pedofila oraz kobiet w powłóczystych sukniach i melonikach były przeraźliwie nudne. Bardziej nudne mogło być chyba tylko świstanie wiatru za oknem.
Wieczorem, po kolacji składającej się ze szklanki mleka i przypalonych tostów z konfiturą położyliśmy się do łóżek. W domu zapanowała cisza, ciotka zatrzasnęła się w jednym z pokoi na parterze, pani Norah powędrowała do swojej suterenki obok stodoły, a Tom niemal od razu uderzył w kimono. Słychać było tylko miarowe chrapanie aniołka.
Ułożyłam się wygodnie, ale nie mogłam spać. Tysiące pytań przepływało przez moja głowę, miałam ochotę wstać i wrócić na cmentarz, znów spotkać Stanleya. Jakaś część mnie po prostu nie potrafiła zapomnieć jego głosu, druga nakazywała tak właśnie zrobić. Czy ty możliwe, żebym tak szybko się zakochała? I to w kimś zupełnie obcym? W kimś, kto najprawdopodobniej ma zatargi z moją ciotką? Nie, to się nie mogło zdarzyć. Nie powinnam nawet o nim myśleć.
Jak to zwykle bywa - im bardziej próbowałam o nim zapomnieć, tym bardziej pamiętałam jego postać. Te oczy, te świdrujące, zielone oczy... Nie, tak się nie dało. Stanley nie mógł mnie opuścić. Byłam zadurzona.
A może.. może i on o mnie myśli? Spłonęłam rumieńcem na samo wspomnienie jego uśmiechu. Nie, niemożliwe. Nie myślałby o mnie. Nie mógłby, nie chciałby... A może myśli? Może też nie daje rady zasnąć, bo gdzieś w głębi jego serca zakotwiczyło się moje spojrzenie? Czy to możliwe..?
Idiotka! Jak zwykle wyobraża sobie niestworzone historie! Może i to spotkanie było snem?! Może i to ci się przyśniło, pieprzona romantyczko?! Dobrze ci radzę, trzymaj swój rozum na właściwym miejscu. Uczucia zawodzą. Zwłaszcza, jeśli się jest niestabilnym emocjonalnie i bardzo naiwnym.
Nie wiem ile przeleżałam w bezruchu. Prawdopodobnie przysypiałam, bo od czasu do czasu zdawało mi się, że spadam w dół, do którego wciąga mnie czyjaś ręka.. czyjaś silna dłoń.. uścisk, który niedawno poznałam, a który wciąż palił skórę..
Obudziły mnie wrzaski i trzaskanie gałęzi. Okna strychu rezonowały te przerażające odgłosy, szyby trzęsły się w ramach, a firanki latały to w prawo, to w lewo - jak zaklęte. Przestraszona potrząsnęłam prześcieradłem Toma.
- Tom! Coś się dzieje, słyszysz..?
- C..co..?
Zaspane oczy brata patrzyły na mnie z wyrzutem, przeciągnął się na łóżku i ziewnął w poduszkę.
- Co się ma dziać, przepraszam..?
Podeszłam do okna i strach przepłynął przez moje ciało dreszczem. Na podjeździe stało kilkanaście osób trzymających pochodnie. Poświata księżyca odbijała się od ich postaci, wyglądali jak masoni skupieni na nocnym seansie. Jakiś mężczyzna wysunięty najbardziej naprzód machał czymś w ręku. Wytężyłam wzrok i wydało mi się, że to zwój papieru.
- Co to kuźwa jest..?!
Tom zdążył już wygramolić się spod pierzyny i stanął obok mnie. Pokręciłam głową.
- Nie wiem...
Krzyki nasilały się, parę postaci ze środka grupy stanęło obok mężczyzny z papirusem, machali rękoma, chwytali się za głowy. Posunęłam spojrzeniem po podjeździe i dopiero teraz zauważyłam ciotkę Loren stojącą parę kroków przed pochodem, na schodach werandy. U jej prawego ramienia wisiała stara Norah z lampionem w ręku.
- Ciotka?
Zmarszczyłam brwi. Tom wydawał się niemniej zdziwiony, ale wkrótce po jego twarzy przemknął cień poirytowania. Nachmurzył się i odpadł od szyby wracając do łóżka.
- Może to taki zwyczaj w tych przeklętych wrzosowiskach. Się w nocy na zjazdy umawiają żeby trochę kuźwa pokrzyczeć komuś pod oknem.
Ignorując biadolenie brata skupiłam uwagę na cioci. Unosiła ręce i wydało mi się nawet, że uspokaja bandę rozzłoszczonych ludzi. Gestykulowała żywo, ale jej głos niknął w powszechnym hałasie. Nie mogłam nic zrozumieć.
- Co ty robisz?! Idziesz tam!?
Tom podniósł się na łóżku kiedy usłyszał, jak naciągam na siebie tshirt i jeansy. Zatroszczył się o mnie, aniołek pieprzony, w samą porę.
- Dowiem się o co chodzi. To wszystko jest jakieś ostro popieprzone. - szepnęłam przekraczając próg.
Z bijącym sercem zeszłam ze stopni. O dziwo schody ani razu nie skrzypnęły pod moimi stopami, jakby i one wsłuchane w krzyki na zewnątrz zamarły w oczekiwaniu. Podeszłam do uchylonych drzwi i dopiero teraz poczułam, jak bardzo się boję. A może nie wychodzić? Co, jeśli ciotka się zdenerwuje? I po co to wszystko, ten cały hałas? Nie, nie było innej możliwości. Musiałam się dowiedzieć.
- Uspokój się, Jones. Żaden punkt nie został złamany.
Głos Loren był stanowczy, zimny i zadziwiająco szorstki. Mimo tej wyniosłości, mężczyzna z rulonem przerwał jej w pół zdania.
- Te dzieci nie mogą tu zostać, dobrze o tym wiesz. Nie lubimy obcych.
- One nie są obce, Jones.
- Stwarzasz niebezpieczeństwo dla siebie i dla nas, Loren. Umowa wyraźnie to podkreśla.
- Twoja umowa ma pół wieku, może czas ją uaktualnić.
- Naszej natury nie da się uaktualnić i dobrze o tym wiesz.
Ciotka drżała, zdołałam dostrzec to przez lufcik w drzwiach. Plecy pani Norah zasłaniały mi znaczną część grupy, ale dojrzałam parę twarzy. Ciemny mężczyzna z lokami i orlim nosem, jakaś wysoka i szczupła brunetka, starzec z pomarszczonymi policzkami, człowiek w kapeluszu i...
Serce we mnie zamarło. Zielone oczy błysnęły w ciemności i przeszyły mnie wzrokiem. Mocno zarysowana szczęka poruszyła się i zacisnęła mocniej. Ciemny kosmyk długich włosów opadł na policzek. Stanley stał za tymi ludźmi i patrzył prosto na mnie.
Oddech mi się urwał i czułam, że jeśli nie wesprę się o drzwi, upadnę zemdlona. W głowie zawirowało, po kościach rozlał się lęk i zarazem jakaś dziwna przyjemność. Stanely tam był. Zaledwie parę metrów ode mnie. I wiedział, że tu jestem.
Clarisso...
Jego głos. Wirowanie w głowie nasiliło się, na chwilę straciłam ostrość widzenia. Blask pochodni to zamazywał się, to znów rozmazywał, a ja nie mogłam złapać równowagi. Stałam oparta o drzwi, przelękniona, z sercem struchlałym z przerażenia. Głos powrócił.
Nie bój się..
Chciałam przełknąć ślinę, ale napotkałam tylko nieznośną suchość w ustach. Czułam na policzkach upór spojrzenia Stanleya, niemal widziałam przy sobie te zielone świdrujące tęczówki. Zacisnęłam dłonie na klamce. Co się dzieje?! To sen?! Dlaczego wszystko tak wiruje..? I dla czego słyszę jego głos w mojej głowie..? Czy to mi się tylko.. czy to się wy..daje?
Boisz się?
Całą siłą woli uniosłam drżącą głowę. Dreszcze przeszyły moje ręce i nogi jak żyłki prądu. Cała byłam pod napięciem. Nie potrafiłam zapanować nad własnym ciałem. Letarg, gorączka. Jak gorąco..! Co się dzieje? Dlaczego słyszę jego głos...?! Boże..!
Spójrz na mnie.
Uniosłam oczy i popatrzyłam, gdzie kazał. Wrzątek na powrót oblał moje ciało. Zielone oczy śledziły każdy mój ruch w skupieniu, przypatrywały mi się i przyciągały.
Boisz się?
Spięłam każdy nerw i każdy nerw się poruszył. Całą możliwą siłą drzemiącą w członkach wyłuskałam jedną myśl i pozwoliłam jej płynąć. Obraz znów się zamazał i znów wyostrzył, a niemoc na powrót ogarnęła moje kości. Coś wbiło mnie w ścianę. Poczułam, jak przez moje żyły przepływa ciepło.
Nie boję się.
Co to..? Czy to mój.. czy to ja..? Czy dobrze słyszę..? To ja czy ktoś inny? Ktoś obcy, ktoś w moje głowie..?
Zaufaj mi.
Kolejny sygnał, naprężenie mięśni. Pot i ciepło w żyłach.
Ufam.
Jeśli ufasz, nie przekraczaj teraz tego progu.
Nie spuszczał ze mnie wzroku. A ja czułam jak z każdą sekundą opadam z sił. Tylko chwile dzieliły mnie od ostatecznego upadku.
Nie.. nie przekroczę.
Przez mgłę widziałam, jak wiatr poruszył jego włosami, jak jakiś cień, jakby uśmiech przebiegł przez jego usta. Spojrzał na mnie łagodnie.
Nie powinnaś mnie słyszeć.
Moje ciało opadało coraz niżej. Nie czułam już nawet stóp. Martwota pełzła w od nóg w górę jak jad. Zdało mi się, że zaraz mnie pochłonie.
Nie wiem.. nie wiem co się dzieje..
Zawirowało mi w głowie, z trudem wyuzdałam te ostatnie myśli. Stanley drgnął.
Nie powinnaś tu być. Ja też nie. I nie powinienem chcieć wrócić.
Czy..czyli..wró..cisz..?
Wrócę.
Te ostatnie słowa dotarły do mnie z daleka, bardzo daleka. Poczułam jeszcze tylko zimne drewno pod plecami, a potem otoczyła mnie ciemność. Ciemność, w której nie było ani głosów, ani ciemnych twarzy, ani odrobiny zieleni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz