Kiedy się obudziłam, niebo było czerwone a powietrze gęste. W dworku i na wrzosowiskach panowała cisza tak głęboka, że aż niemożliwa do zniesienia. Spojrzałam na tarczę zegara wiszącego obok portretu kapelusznika. Piąta trzydzieści. Co mnie tknęło, żeby tak rano wstawać? Normalnie o tej godzinie chrapię w najlepsze.
Powoli podniosłam się z pierzyny i szukałam twarzy Toma wśród pościeli na łóżku obok. Mój brat spał jak aniołek, jego jasne włosy walały się po poduszce tworząc nad głową rozkoszną aureolę.
- Aniołek, kuźwa.
Wstałam i w mgnieniu oka narzuciłam na siebie jeansy i bluzę. Wczorajsze ubrania wciąż był przemoczone i w pokoju zaczęło już śmierdzieć zgnilizną. Prawdopodobnie musiałam coś z tym zrobić.
- I zrobię, ale najpierw okolica.
Zeszłam po schodach najciszej jak się dało i odemknęłam zamek w drzwiach. Wysunęłam nogę na werandę, zimne powietrze uderzyło mnie w policzki i otuliło dreszczem. Naciągnęłam mocniej bluzę i upewniając się, że zamknęłam wejście na klucz zeskoczyłam z podestu na trawę. Dopiero teraz - po burzy - mogłam zobaczyć dworek w całej okazałości. Otaczał go gęsty i ciemny zagajnik. Nie miałam pojęcia, skąd w samym sercu wrzosowisk wziął się las, ale przyjęłam ten fakt do wiadomości z uśmiechem. Lubiłam zieleń, dodawała mi otuchy. Taka miła oaza przełamująca monotonność fioletowych pól.
Obok dworku, jakieś pięćdziesiąt kroków w lewo stała szopa, a zaraz obok niej suterena, o której mówiła zeszłego wieczoru staruszka od lampionu. Do obu prowadziła kamienna ścieżka, podobnie jak do płotu odgradzającego rezydencję od drogi i pól. Miało to nawet pewien klimat. Ot, taki swój - mroczny.
Spojrzałam na drogę wychodzącą z dworku i ginącą daleko we wrzosowym morzu. Przyszliśmy na pewno z lewej strony, tam ścieżka była kamienna. Prawa jej część wysypana została żwirem, a kierunek drogi wskazywała urwana tabliczka walająca się przy drodze. ,,Kaplica w Gatsley, 1608, prawo''.
Nie żebym była wielkim koneserem sztuki czy fanatykiem podróży krajoznawczych, ale uwielbiałam stare budowle sakralne. Taki fetysz. Znienacka obudziła się we mnie ciekawość. Przed oczyma wyobraźni pojawiła się biała wieżyczka otoczona fioletem, z pnącymi kwiatami i uroczymi witrażami w oknach. No dobra, może moje wyobrażenie nie pasowało do, hm, jakby to powiedzieć... mrocznej? okolicy, ale takie miejsce chciałam zobaczyć. Potrzebowałam odpocząć sam na sam z czymś wzniosłym. A co na świecie jest bardziej wzniosłego od kaplicy?
Ruszyłam w stronę wskazywaną przez urwany znak. Z minuty na minutę robiło się coraz chłodniej, mimo, że słońce wzniosło się już wyżej i z czerwonego talerza przeistoczyło w rudozłotą tarczę na widnokręgu. Minęłam zagajnik i wciąż szłam wzdłuż wrzosowych pól. Droga ani razu nie skręcała, była prosta i jakby pewna obranego przez siebie kierunku. Rozglądałam się szukając jakichś domów, ale w zasięgu wzroku nie dopatrzyłam się ani jednej chatki, dworku czy czegoś podobnego. Nic - tylko wrzosy i wrzosy.
Nareszcie nieliczne drzewka wysuwające się nieśmiało znad fioletowego morza zaczęły gęstnieć i moim oczom ukazał się kolejny niewielki zagajnik. W jego środku bieliły się ściany jakiegoś budynku - zdawało się, że kaplicy. Dookoła gdzie nie spojrzeć - ciemnoszare marmurowe nagrobki, granitowe wazy na prochy. Znalazłam się na cmentarzu w Gatsley. O lepsze miejsce do odpoczynku chyba nie wypadało by się modlić. Rozejrzałam się w poszukiwaniu żywej duszy. Na brak tych nieżywych nie mogłabym prawdopodobnie narzekać, ale ogarnęło mnie niewysłowione pragnienie ujrzenia kogoś żywego. Poczułam się obco, moja kaplica nie była ładna, obrośnięta kwiatuszkami, z fantazyjnymi mozaikami w oknach. Średniowieczny przysadzisty budynek sprawiał raczej wrażenie zamieszkałego przez duchy.
Przeszłam wzdłuż pierwszej z alejek i ze zmarszczonym czołem czytałam napisy na nagrobkach.
Alice Harbey, 1657 Nuton Lobretton 1799 Grób rodzinny Nevthersonów 1802 Lively Black 1897..
Ta różnorodność dat nieco zbiła mnie z tropu. Poza tym niezwykle zastanawiający wydał mi się fakt, że na tak opustoszałych wrzosowiskach w ogóle miał kto umierać. Przecież nie widziałam dzisiaj nikogo. Nikogo.
Zwiedziłam jeszcze parę alejek z założonymi rękoma. Wyschnięte kwiaty, wieńce spalone słońcem, słone zacieki na grobach.. Wszystko to wyglądało tak, jakby rodziny zmarłych składały im wizytę pierwszy i ostatni raz w dniu pogrzebu. Ostatnie pożegnanie i basta.
Naciągnęłam na włosy kaptur, zaczynał siąpić deszcz. Pewnie musi być gdzieś około szóstej - pomyślałam i zwróciłam się w stronę zardzewiałej bramy wyznaczającej wyjście z cmentarza. Ale zaraz... Co z kaplicą? Nie mogłam przecież przejść obok niej obojętnie. Skoro już tak daleko zaszłam - musiałam spróbować dostać się do środka, lub chociaż do niego zajrzeć. Nie darowałabym sobie przepuszczenia takiej okazji, o nie.
Odbiłam więc na lewo i stanęłam pod żwirowanym wejściem do kaplicy. Ogromne drewniane drzwi zamknięte były na kłódkę. Wiatr poruszał nią lekko tak, że dawało się słyszeć cichy zgrzyt starych mechanizmów zamka. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć tej zardzewiałej pamiątki historii i...
-Nie wiem, czy to coś da. Z tego co wiem, o tej porze zamknięte.
Na dźwięk tego niskiego głębokiego głosu dobiegającego moich uszu zza pleców, w pierwszej kolejności krzyknęłam głucho, a potem śmiertelnie przestraszona odwróciłam się i przywarłam plecami do kłódki. I zamarłam.
Jak długo żyję na tym świecie - a żyję już osiemnaście lat - nie widziałam w życiu nikogo piękniejszego. Musiał być duchem albo piorun wie czym, bo ludzie przecież tak nie wyglądają. Długie proste włosy opadały ciemnymi kosmykami na silne ramiona. Wyraźnie zaznaczone szczęka i kości policzkowe idealnie harmonizowały się z hipnotyzująco zielonym kolorem jego oczu. Pełne usta przyciągały do siebie jak magnes. Rozchełstana koszula odsłaniała odrobinę wyrzeźbionego torsu, na klatce piersiowej nieznajomego spoczywały wisiory, krzyże i znaki, których ukrytej symboliki nie potrafiłam odgadnąć.
Zaniemówiłam i zawstydziłam się pod wpływem natarczywości jego spojrzenia. Szybkim ruchem odgarnęłam z czoła niesfornego loka i spuściłam oczy na ziemię. Wprost czułam, jak pokrywam się niezręcznym rumieńcem.
- Ja... Chciałam tylko zobaczyć ołtarz, ale kłódka.. Wcześnie przyszłam..
- Wcześnie, nie da się zaprzeczyć.
W głosie chłopaka pobrzmiewała jakaś drwina, podniosłam więc wzrok by zbadać jego twarz. Pomyliłam się - na ustach miał delikatny uśmiech, bardziej przyjazny niż szyderczy. Właściwie, oprócz tego, że łatwo się rumieniłam, nie byłam chyba aż taka żałosna, by się ze mnie śmiali.
- Ale ty też jesteś wcześnie.
Wyszeptałam ośmielona jego łagodnym zachowaniem, uśmiechnęłam się lekko i znów spłonęłam rumieńcem. Dlaczego tak bardzo mnie zawstydzał?! Był przystojny, to prawda, był cholernie przystojny, ale żebym aż tak.. Tak, to możliwe. Ja potrafię ,,aż tak''.
Usta nieznajomego uniosły się ku górze szerzej, wyciągnął do mnie rękę. Z łopoczącym w piersi sercem podałam mu swoją dłoń, ścisnął ją i miałam wrażenie, że trochę za długo przytrzymał w swojej.
- Clarissa.
- Stanley.
Czułam na sobie jego badawczy wzrok. Zmarszczył brwi i uśmiech przygasł na jego pięknej twarzy. Przestraszyłam się, może coś zrobiłam nie tak? Może zachowałam się w jakiś sposób grubiańsko? Boże jedyny, kto by pomyślał, że będę miała takie dylematy o szóstej rano na jakimś zapomnianym przez świat cmentarzu?!
- Co robisz w okolicy?
Głos Stanleya był miękki, tak miękki, że nie mogłam powstrzymać kolejnej fali gorąca oblewającego moje policzki i klatkę piersiową. Koił mnie tym głosem i przywoływał. Przysięgam, że gdyby nie ogólnie przyjęte zasady dobrego wychowania i ta pieprzona nieśmiałość - zatopiłabym usta w tych malowanych ręką boską wargach..
- Przyjechałam wczoraj z bratem do ciotki, więc jestem, hm...nowa?
Wzruszyłam ramionami udając, że nie obchodzi mnie ani ciotka, ani brat, ani w ogóle nic.
- Do ciotki..?
Jego głos uderzył w ciemniejsze dźwięki, przygasł. Wydało mi się, że zielonej otchłani jego oczu coś na moment błysnęło.
- Tej ciotki, która mieszka w zagajniku, w dworku? Pani.. Loren..?
Pokiwałam głową zdziwiona nagłym oziębieniem jego zachowania. Uśmiech całkowicie spełzł z jego twarzy, atmosfera zgęstniała. Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć, by nie palnąć głupoty. Po rej dziwnej reakcji na dźwięk słowa ,,ciotka'' szybko wywnioskowałam, że musi mieć z Loren na pieńku.
- Tak, Loren.. Siostra matki.. Mamy tu z Tomem, to znaczy z moim bratem, spędzić wakacje..
- Ach tak..
Stanley kiwnął głową i przymrużył oczy. Brwi w dalszym ciągu marszczyły się na jego czole i wydał się mi o parę lat starszy, niż zapewne w rzeczywistości był. Nie lubił ciotki, to było jasne jak słońce. A skoro ja byłam z ciotką związana, mógł stracić ciepłe usposobienie i do mojej osoby.
Zerwał się wiatr i pokrył ciążące milczenie. Rumieniec opuścił moją twarz, pobladłam i poczułam dziwny niepokój. Nie polubił mnie, kuźwa. Najwidoczniej coś go we mnie odtrącało. Te zmarszczone brwi.. Ale.. dlaczego?
Naciągnęłam na włosy kaptur, który wcześniej zdążył ześliznąć się na plecy i szukałam odpowiednich słów. Kiedy w końcu zdobyłam się na odwagę fala gorąca znów zalała moje czoło i policzki. Nie potrafiłam zachować się swobodnie.
- Chyba.. muszę już iść. Bo.. ten wiatr, deszcz... Tom, znaczy mój brat... będzie zły, że wyszłam..
Bąkałam te krótkie urywki pod nosem i kiedy w końcu skończyłam zawstydzona do reszty, uniosłam oczy na Stanleya. Wciąż bacznie mi się przyglądał, badał mnie wzrokiem, bez pardonu śledził ruchy moich ust, powiek, mowę ciała. Wciąż był zachmurzony i jakby zamyślony, ale moje zdanie sprawiło, że otrząsnął się i pokiwał głową. Powoli. Bardzo powoli. Zbyt powoli.
- Tak, powinnaś już iść.. Clarisso.
Po raz setny tego poranka spłonęłam. Sposób, w jaki wymówił moje imię. Błysk jego białych zębów, gdy otwierał usta. I ten miękki głos, to przyciąganie..
- Miło było cię poznać.
To ostatnie wyznanie wyszeptał niemal do siebie. Bąknęłam coś pod nosem w rewanżu i jak najszybciej przemaszerowałam przez alejkę do bramy i z bramy na szosę. Przyspieszyłam kroku, przestraszona i zawstydzona. Momentami miałam ochotę biec, na przekór żwirowi i wiatrowi odpychającemu mnie w przeciwnym kierunku. Nie wiem, czy Stanley został tam, na cmentarzu. Zapominając o wszystkim dookoła, biegnąc w stronę domu ciotki ze ściśniętym sercem i rozpalonymi policzkami, zadurzona i wypłoszona, nie obejrzałam się za siebie ani razu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz