Powiew wiatru zdarł z mojej głowy kaptur, poirytowana ściągnęłam bluzę i przerzuciłam ją przez ramię. Odkąd wyszliśmy w pole minęły dobre dwie godziny. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zamiast posuwać się naprzód szliśmy do tyłu. Wrzosy zasłaniające widnokrąg po obu stronach drogi nie pomagały w utrzymaniu właściwego kierunku. Zresztą to nasza wina, że nie wsiedliśmy do wozu Hensa. Może i facet bez wyobraźni, ale przynajmniej wie, gdzie jedzie.
- Długo jeszcze?
Nie ukrywałam poirytowania, zresztą Tom też nie wyglądał na zadowolonego. W odpowiedzi na moje pytanie uniósł brwi i pokręcił głową. Jak zwykle.
- Zgubiliśmy się, tak?
Tom obdarzył mnie najbardziej obojętnym spojrzeniem, na jakie było go stać. Nie, żeby mnie to wzruszyło, co to to nie.
- Możesz zamknąć się i po prostu iść przed siebie? Chciałbym zdążyć przed zmrokiem.
- Powodzenia.
Ach ta ironia w moim głosie! Zawsze byłam perfekcjonistką w kwestii zaginania osób mniej inteligentnych niż ja. Tom zdecydowanie się do takich kwalifikował.
Wiatr wzmagał się z każdym przebytym kilometrem. Chmury burzowe gromadziły się na wzburzonym niebie, wkrótce poczułam na skroni pierwszą ciężką kroplę deszczu. O parasolkach mogliśmy tylko pomarzyć.
- Wybornie. Tylko tego brakuje, żebyśmy zmokli.
Przekleństwo wyrwało się z moich ust, Tom tylko zmarszczył czoło i parł przed siebie ignorując niesprzyjające warunki pogodowe. Do czasu. Kropelki deszczu w mig zamieniły się w siekące ze wszystkich stron kulki gradowe. Chcąc nie chcąc musiałam znów naciągnąć na oczy kaptur.
- Niech to cholera! Psia mać, kuźwa!
Uzbrojona w kaptur i plecak osłaniający co wrażliwsze części ciała maszerowałam unikając Toma i jego złorzeczenia. Wiatr dął mocno, spychał nas we wrzosy, ciągnął za ubrania, wyrywał z rąk chusteczki i od dawna puste butelki wody. Nic nie zapowiadało ustąpienia wichury.
Byłam już na skraju wyczerpania fizycznego i nerwowego, kiedy na horyzoncie coś zamigotało. Niewielka, podłużna smuga światła przedarła się przez mgłę i oślepiła nas na chwilę. Zaraz za łuną pojawiła się postać w zlanym deszczem prochowcu, pomarszczona i niska. Przez wrzosowisko przetoczył się chrapliwy głos.
- Tom i Clarissa Laters, czy to wy?
Spojrzałam na Toma szerokimi oczyma, ten z wyrazem ulgi na twarzy machnął na postać i kiwnął głową wycieńczony. Byliśmy uratowani. Barry Moor musiało być gdzieś w pobliżu.
- Idźcie za mną, tylko uwaga pod nogi!
Posłuchaliśmy skrzekliwego głosu i podążyliśmy za nim i światłem, które się dookoła niego skupiało. Całe ciało miałam odrętwiałe, ledwo trzymałam się na nogach. Mokre strąki włosów zakrywały mi oczy, co jeszcze utrudniało przebycie i tak ciężkiej do przeprawienia kamienistej drogi. Kątem oka dostrzegłam, że i Tom ledwo zipie. Chyba tylko wyobrażenie czystych ciepłych pokoi czekających na nas w dworku trzymało nas przy życiu.
Wyobraźnia potrafi wywieźć człowieka w pole. Nasz dworek okazał się podmurowaną chałupą capiącą zgniłym drewnem, a pokoje nie były ani czyste, ani ciepłe. Postać trzymająca lampion dobiła już pewnie osiemdziesiątki i była kobietą. W niczym nie przypominała ciotki Loren. Jak się chwilę później dowiedzieliśmy, ciotka wyjechała w pilnej sprawie na północ, wróci może za dzień, może za dwa. No, góra tydzień.
- Tu macie pościel, mleko i jedzenie w kuchni. Gdybyście potrzebowali jakichś kartek czy atramentu, zapukajcie do mojej suterenki na zewnątrz, obok szopy. Pani Loren kazała poinformować was o nakazie zamykania okien na noc.
Starucha machała rękami i żylastą głową, patrzyliśmy na nią w otępieniu, pragnąc położyć się w końcu spać. - A, jeszcze jedno. Drzwi na zamek, zawsze. I nie oddalajcie się dalej, jak do płotu. Nigdy nie wiadomo.. a zresztą.. a! Dobranoc, dzieci.
Odprowadziliśmy babkę wzrokiem. Trzasnęła wiekowymi drzwiami i przekręciła klucz w zamku ze zgrzytem. Głębokie skrzypienie zdało się płynąć ku nam po podłodze. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na wystrój dworku. Szara tapeta oklejała ściany w całym domu, drewniane deski na ziemi były zdarte i skrzeczały nie gorzej niż głos ,,naszej wybawicielki''. Większość miejsca w hollu zajmowały przecierane schody prowadzące na wyższe piętro, gdzie ulokowany był nasz pokój - strych. Na lewo od pierwszego stopnia tej windy w wersji super-retro odbijał niedługi korytarz. Cztery pokoje naprzeciwko siebie i łazienka na szarym końcu, w rogu. Pod ścianą mahoniowe pianino i biblioteczka. Od samego patrzenia robiło się niedobrze. Wszystko tak stare, że aż bolało. Za szeregiem kolumn i przybudówką mieściła się kuchnia. Białe, nadbite kafelki, jakiś blat, długi na dwanaście osób stół. I świece, wszędzie świece. Nawet żyrandol wypadał przy nich wyjątkowo blado.
- Ładne okna, zobacz, jakie długie. - mruknęłam szturchając Toma. - Szkoda tylko, że tak pozakrywane tymi ohydnymi firankami.
Mój brat mruknął coś pod nosem i podniósłszy z ziemi plecaki udał się na górę. Bez namysłu zrobiłam to samo. Schody skrzeczały i protestowały, ale byliśmy nieugięci. Odemknęliśmy uchylone drzwi strychu i wtargnęliśmy do naszej nowej rezydencji.
- No, Buckingham Palace to to nie jest...
Dwa szpitalne łóżka, drewniane szafki obok i lampka przywitały nas cichym westchnieniem. Pośrodku podłogi biegł chiński dywan, zapewne pamiętający czasy wojny secesyjnej. Ogromne okno na północnej ścianie odsłaniało tylko ciemność. Dobrze, że zdążyliśmy przed nocą.
- Nie zasnę, jeśli ten stary pedofil będzie patrzył mi w oczy.
Tom wskazał na obraz wiszący obok drzwi z odrazą. Sędziwy mężczyzna w kapeluszu, z czarną brodą i cygarem w ustach piorunował nas wzrokiem. Zaśmiałam się.
- Zawsze można go odwrócić, nie?
- Ja się nie dotykam. Pedofila to pewnie rajcuje.
Pokręciłam tylko głową i dostrzegłam toaletkę stojącą w rogu pokoju, przy stropie. Lustro odbijało moją zdziwioną twarz i potargane włosy. Jęknęłam.
- Chyba już się zdążyłam przystosować... Wyglądam jak nieodłączny element krajobrazu.
Tom prychnął nasuwając na siebie pierzynę i koc.
- Dobranoc, Clar. Nie patrz się tak w to lustro, bo jeszcze coś z niego wyjdzie i wtedy będzie.
Wybuchnęłam śmiechem i kopnęłam nogę łóżka tego idioty, mojego rodzonego brata. Naprawdę nie wiem, co on ma w tej bani.
- Wątpię. Wystarczy, że cię zobaczy i po sprawie. Nie musisz się nawet bać pana w kapelutku, bo nikt cię nigdy w życiu nie zgwałci Tom, jesteś za brzydki i głupi. Smutna prawda.
- Przepadnij.
- A ty śpij.
- Dobranoc, poetko.
- Dobranoc, tępaku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz