piątek, 19 lipca 2013

III Zakaz

Dotarłam do dworku trochę po szóstej. Tom jeszcze smacznie chrapał, i szczerze mówiąc ja również poczułam się senna. Zdjęłam mokre ubranie i klapnęłam na łóżko. Tysiące myśli przetaczało się przez moją głowę, a wszystkie nosiły znamię tej pięknej twarzy i zielonych oczu. Chociaż bardzo chciałam zasnąć - nie potrafiłam. Malinowe usta wracały do mnie ze zdwojoną siłą, głęboki głos odbijał się od każdej ściany. Nie potrafiłam zapomnieć Stanleya.

Dlaczego tak bardzo zmienił się, kiedy usłyszał o ciotce? Dlaczego uśmiech spełzł nieodwracalnie z jego warg, a brwi zmarszczyły się w ten straszny sposób? I dlaczego tak bardzo mnie onieśmielał? W przeciwieństwie do pierwszych dwóch pytań, na trzecie dobrze znałam odpowiedź. Nie wiem czy możliwa jest miłość od pierwszego wejrzenia, w moim przypadku pewnie tak. Wiedziałam jedno - to na pewno była miłość nieodwzajemniona. Chociaż na początku przecież się uśmiechał...
- Kuźwa mać!
Ciche przekleństwo wsączyło się w poduszkę, Tom poruszył się na swoim łóżku niespokojnie. Aniołek pieprzony. Przespał tyle zdarzeń i dziwnych sytuacji. Przespał Stanleya..

Parę chwil przed obiadem do drzwi dworku zapukała ciotka Loren. Na podjeździe zauważyłam starego saaba zaparkowanego obok szopy, pod lasem. Starowinka z sutereny ( jak się później okazało właścicielka szatańskiego imienia Norah ) wybiegła jej na przywitanie. Ciotka władowała na ręce babki jakieś paczki i pudła, które tamta wniosła do szopy. Sama skierowała się do nas z otwartymi ramionami.
- Tom, Clar! W końcu się widzimy! 
Uścisnęliśmy się serdecznie i zasiedliśmy przy kuchennym stole. Pani Norah przyniosła skądś dymiący garnek zupy i rozlała go do misek przed naszymi nosami. Poprzez opary unoszące się nad stołem przyjrzałam się dobrze cioci. Włosy już niekiedy siwe upięła w wysoki kok w dziwny sposób harmonizujący z jej skromnym ubiorem. Niebieskawa sukienka zapięta na broszkę dodawała tej zmęczonej twarzy jakiegoś osobliwego uroku. nawet zmarszczki nie odejmowały jej czaru. Szare oczy ciotki patrzyły na nas z łagodnością. Przypomniało mi się, jak mama mówiła o samotności swojej siostry wynikającej ze śmierci męża i braku dzieci. Zrobiło mi się jej szkoda, cokolwiek myśleli o niej ludzie ( taki weźmy na to Stanley ) na pewno było nieprawdą. Zasługiwała na szczęście i szacunek.
- Mam nadzieję, że Norah zapoznała Was z zasadami panującymi w moim domu.
Pokiwaliśmy ochoczo głowami, a usta ciotki uniosły się w uśmiechu. Wyglądała na usatysfakcjonowaną. 
- To dobrze, dzieci, to dobrze. A o okolicy mówiła? 
- O okolicy?
Popatrzyliśmy po sobie z Tomem, a pani Norah chrząknęła znad garnka.
- Mówiłam o drzwiach i oknach, Pani Loren. I o płocie.
- A zakaz wychodzenia?
Po twarzy ciotki przebiegł cień irytacji. Pokręciła na staruszkę głową i zwróciła na nas swoje szare spojrzenie.
- Nie wychodzimy nigdzie bez moje zgody. Ni-gdzie. Okolica jest dość.. niebezpieczna. Dużo tu osób, które mogłyby.. a zresztą.. Po prostu nie wychodźcie.
Poczułam, jak rumieniec wypływa na mój policzek. Już pierwszego dnia złamałam zakaz i pogwałciłam twarde reguły ciotki. Wybornie. Jeśli tak dalej pójdzie, odeślą mnie do domu.
Moje nagłe zawstydzenie nie uszło uwadze Loren. Zmarszczyła czoło i wpatrzyła się we mnie z uwagą. To nie pomogło mojej pewności siebie.
- Clarisso? Co się stało?
Poruszyłam szybko głową starając się wyszukać jakiejś deski ratunkowej. Co robić?!
- Ja.. nie, nic. Gorąco tu.
Wełniany sweter Toma i płaszcz na plecach ciotki zdawał się potwierdzać mój argument. Bardzo mądrze, Clarisso, gratulację. A teraz zepnij dupę i rusz głową, skończona idiotko!
- To znaczy.. nie wiedziałam, że nie można wychodzić i zwiedziłam dziś rano cmentarz. 
Wypaliłam to zdanie z pochylonym czołem, rozpalonymi policzkami i ściśniętym żołądkiem. Prawda jest lepsza niż kłamstwo - wychodziłam z tego założenia. Ciotka chyba nie podzielała tej mądrości, przez jej twarz przebiegł cień, a zmarszczki na czole pogłębiły się. 
- Nigdy więcej tego nie rób, Clarisso. Nigdy więcej.
Jej usta zwarły się w cienką linię i cała serdeczność gdzieś wyparowała. Przelękłam się, chciałam się bronić, ale brakowało mi słów. Opuściłam głowę na piersi i zagapiłam się w rąbek obrusu. Co złego zrobiłam?, by się tak wstydzić?
- Mam nadzieję, że z nikim nie rozmawiałaś?
No i to był strzał w dziesiątkę. Purpura oblała mnie na powrót i dreszcz przebiegł przez całe ciało. Oczywiście, że z kimś rozmawiałam. I to nawet z nie byle kim. Ze Stanleyem.
- To znaczy.. nie długo, parę zdań..
- Słucham?!
Głos ciotki przeszył kuchnię, podniosła się ze swojego siedzenia wzburzona, gniew przyćmił jej oczy. Przelękłam się nie na żarty. Gdybym wiedziała, że rozmawianie z nieznajomymi wywoła u niej taką reakcję, w życiu bym nie zaryzykowała.
- Ja.. przepraszam..
Pierś ciotki falowała, jej ciało zadrżało. Uniosła do góry palec.
- Nigdy więcej, Clarisso. nigdy więcej! Nawet nie wiesz, co oni mogą.. co mogą zrobić..! Beze mnie nigdzie się nie włóczycie, rozumiesz?! Nigdy i nigdzie!
Usiadła na powrót przy stole i przetarła twarz dłonią. Do końca obiadu nikt się nie odezwał. Atmosfera była cięższa niż zupa ugotowana przez panią Norah. 

Po jedzeniu wymknęliśmy się z Tomem do pokoju i zamknęliśmy szczelnie drzwi. Klapnęłam na łóżko skruszona i wzburzona zarazem. Wciąż nie rozumiałam, co złego zrobiłam. I dlaczego mimo swojej niewinności czułam się wyrzuty sumienia?
- Serio byłaś na tym cmentarzu?
Głos Toma był przytłumiony, jakby on też czuł się słabo. Pokiwałam głową niechętnie. Jakiś niewytłumaczalny lęk rozlał się po moich kościach i przeżerał je do szpiku.
- I co z tego? Byłam. Nie wiem, co w tym strasznego.
- A z kim rozmawiałaś, jeżeli można wiedzieć?
Spuściłam oczy na kołdrę czując pulsującą w skroniach krew. Zrobiło mi się niedobrze.
- Ze Stanleyem.
- Acha, ze Stanleyem.. widzę że jesteśmy na ty..
W głowie mi tak wirowało, że nawet cmokanie Toma dochodziło z daleka i odbijało się o mur obojętności.
O co w tym wszystkim chodzi, po co te zakazy?
- On jej nie lubi.
- Kto?
- Stanley.
- Kogo?
- Ciotki.
Tom wydął usta i zapatrzył się gdzieś za okno, na wrzosowiska. Cisza zaległa na naszym poddaszu. Tylko deszcz bębniący o szybę zdawał się ostrzegać przed czymś, co jeszcze nie nadeszło. Co miało nadejść..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz